
5.30 rano. Jeszcze ciemno na zewnątrz, nie chce się wyściubić nosa spod kołdry, ale wschód słońca trzeba zobaczyć. Szybkie poprawki za długich już włosów i łapiąc przygotowany plecak po cichu wychodzę na zewnątrz. Obudzony Indianin z obsługi musiał rzucić w myślach niezłą wiązankę, bo miny nie miał przyjaznej otwierając mi bramę hotelu.

Dotarliśmy do Varanasi. Podróż pociągiem trwała 14 godzin i przenieśliśmy się 640 km na południe. Kończąc nasz pobyt w Agrze załapaliśmy się na zamieszki. Jadąc Tuk-tukiem na dworzec musieliśmy przedzierać się przez tłum, który opanował wąskie uliczki pod Taj Mahal, a później oddział policji w hełmach na głowie z plastikowymi przyłbicami i oczywiście z solidnymi gumowymi pałami. Dreszczyk emocji był. W pociągu jechaliśmy z hinduskim VIP-em. Nie wiemy kto to był, ale sądząc po reakcji pasażerów, którzy całowali gościa po rękach i kłaniali się w pas, musiał to być ktoś ważny. Facet podróżował z solidną obstawą, żołnierz z karabinem spał na łóżku obok, a kilku pozostałych wojskowych obstawiało wejście do wagonu. Kładąc się spać, pomyślałem sobie, że na pewno nas nie okradną, ale miałem nadzieję, że maoiści, którzy lubią wysadzić sobie pociąg od czasu do czasu nic do niego nie mają.....
Wieczorem powtórnie poszliśmy na nocny spektakl pożegnania dnia. Tym razem już bez opadów deszczu. Zaskoczyli nas trochę, bo zorganizowali dwa pokazy w tym samym czasie. Nie wiemy czy wczorajszy pokaz był skromniejszy ze względu na deszcz, czy też ludzi było więcej.
To co rzuca się w oczy podczas przechadzki ghatami to na pewno przepiękne murale. W Polsce w okresie PRL-u szczególnie upowszechniły się murale reklamujące przedsiębiorstwa i instytucje państwowe, takie jak PKO, PZU, Totalizator Sportowy czy Pewex. Nad Gangesem przede wszystkim królują reklamy hoteli oraz malowidła sakralne.

Czasu na opis brak, więc tylko zdjęcia. Końcówka dnia...

Będąc w Varanasi koniecznie trzeba ruszyć przed wschodem słońca na rejs po Gandze. Formalności załatwialiśmy w hotelu i dopiero nad rzeką okazało się, że naszym przewodnikiem będzie 14 letni chłopak. Zarabia wożąc turystów i w ten sposób pomaga rodzinie, od kiedy zmarł ojciec. Podobno chodzi do szkoły, ale kilka godzin później spotkaliśmy go grającego w ulubioną dyscyplinę hindusów, czyli krykiet.
Większość państw azjatyckich ma swój tradycyjny styl zapasów. Hindusi swoją odmianę nazywają Kushti. Można również spotkać się z inną nazwą, Pehlwani, zwłaszcza na północy kraju. Nazwa ta wywodzi się z Królestwa Partów, czyli państwa na terenie starożytnego Iranu, istniejącego od ok. 238 p.n.e. do 226 n.e. Największe znaczenie dla rozpowszechnienia się tego stylu walki było podbicie Półwyspu Indyjskiego przez potomków Czyngis-chana i założeniu państwa Wielkich Mogołów w XVII wieku. Do dzisiaj walki można podziwiać na terenie Afganistanu, Pakistanu, Indii i Bangladeszu.
Jednym z punktów koniecznym do zobaczenia w Bombaju jest Elephanta Island. Wyspa oddalona jest od miasta o 10 km i rejs statkiem trwa godzinę czasu. Największą atrakcją wyspy są groty z wykutymi w skale posągami. Jeżeli decydujecie się na wyjazd do Aurangabadu, to oczywiście można sobie darować, bo po skalnych świątyniach w Ellorze i Ajancie Elephanta wygląda co najmniej jak „ubogi krewny”.
Znowu jedziecie do Indii? Taka mniej więcej była reakcja, kiedy nasz sposób na spędzenie ferii 2012 został upubliczniony. Biorąc pod uwagę, że byliśmy już w tym kraju w wakacje dwa lata wcześniej, a tyle jest miejsc do zobaczenia na tym świecie, można było się dziwić. Ale...
1. Tak na prawdę to nie nasza wina, że Lufthansa dała dobrą promocję. Bilety wyniosły nas 3 370 (za pierwsze Indie 2 tys wiecej), a więc trzeba było się zdecydować już w połowie października.
2. Jeżeli Indie są dziesięć razy większe od Polski, a w jeden wypad zrobić naszego pięknego kraju raczej się nie da, więc idąc tym tokiem rozumowania, powinniśmy jeszcze kilka razy do Indii zawitać.
3. Pogoda w Polsce -20 czyli zima w pełnym rozkwicie, a tam jak nasze lato. Temperatura +30, wilgotność umiarkowana i co najważniejsze bez monsunów, które są podobno dość uciążliwe na wybrzeżu morza arabskiego w lipcu.
Plan zakładał przede wszystkim Mumbai oraz świątynie wykute w grotach w okolicach Aurangabad. Doszedł, w sumie przypadkowo jeszcze Nashik, mało rozreklamowany w Lonely Planet, a jak się później okazało było to najlepsze miejsce tego wyjazdu. Mapka wygląda więc tak:
Z opisem wycieczki było ciężko, bo Indie to nie Japonia i trzeba korzystać z kawiarenek internetowych, więc laptok został w kraju. Może stali czytelnicy byli zawiedzeni, że nie śledzą naszych przygód na bieżąco, ale i tak mój brak weny twórczej był dobrze widoczny w nielicznych informacjach pozostawionych na stronie z wykorzystaniem Indiańskich komputerów. Postaram się nadgonić miniony czas i w miarę rzetelnie opisać to co nam się przytrafiło przez te dwa tygodnie ferii 2012 roku.