Dla przeciętnego Europejczyka każda kobieta ubrana w kimono to gejsza. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana i możemy spotkać szereg innych określeń dla dziewczyny o nienagannych manierach ubranej w tradycyjny japoński strój.

Główny festiwal już za nami. Było świetnie i nawet pogoda nam nie przeszkadzała. Podali 35,7 stopnia więc gorąco. Wystartowaliśmy z hostelu przed 8 i po krótkim spacerku zajeliśmy doskonałą pozycję przed głównym domem z którego wyprowadzano dzieciaka, który przecinając linę rozpoczyna oficjalnie paradę. Postaliśmy około 2 godzin, fotografując uczestników parady i później postanowiliśmy pochodzić trochę po trasie przebiegu uroczystości. Tak jak się domyślałem nie przeszkadzali mi mieszkańcy Azji, którzy byli przede mną, natomiast współczuję tym, którzy byli za mną.
Wróciliśmy z Nary, kąpiel i wieczorne atrakcje na mieście. Jutro najważniejszy dzień w Kyoto, główna parada festiwalu. W Hostelu już mamy dodatkowych 10 osób i tak przyjemnie jak na początku nie jest. Problemy z dostępem do netu i kolejki do łazienki. Para ze skandynawi, włoch i grupka koreańczyków (raczej tych południowych :)) zapełniła nasze miejsce noclegowe, więc tym większa ochota iść na wieczorny obchód. Dzisiejsza noc przed pochodem nazywana jest yoiyama, wczoraj mieliśmy yoiyoiyama, a jak łatwo się domyślić przedwczoraj była yoiyoiyoiyama. Proszę już nie tworzyć dłuższych nazw, ponieważ skończyli tylko na świętowaniu przez trzy noce....

To, czego nie udało nam się zrobić na rowerze, trzeba było zrobić kolejką. Pierwszy punkt programu to Fushimi-Inari Taisha, kompleks świątynny poświęcony Inari, bogom ryżu i sake, a później biznesu, założony w VIII wieku przez rodzinę Hata. Świątynia nie byle jaka, bo ma ponad 30 000 "filii" w całej Japonii. Główny obiekt sakralny usytuowany jest u podnóża góry, ale największą atrakcją jest 4 kilometrowa ścieżka na szczyt, która wiedzie wśród tysięcy czerwonych tori oraz dziesiątek kamiennych lisów. Lis uważany jest za posłańca boga Inari, a klucz który często ma w swoich pysku otwierać ma spichlerz ryżowy, oczywiście po dobrych zbiorach.
Po całym dniu jazdy na rowerze w słońcu czuliśmy się padnięci, i tak naprawdę bardzo musieliśmy się zmobilizować do wyjścia z Hostelu. Po dojściu do pierwszej platformy nie żałowaliśmy naszej decyzji i daliśmy ponieść się tłumowi mieszkańców pomiędzy uliczkami centrum miasta.
Święto Gion-Matsura trwa przez cały miesiąc i kulminację osiągnie 17 lipca paradą 32 różnych pojazdów w centrum miasta. Teraz można obejrzeć je dokładnie, a nawet, tak jak my to zrobiliśmy, wejść do środka. Przyjemność taka kosztowała nas 1000 jenów, ale sądząc po tłumie to nawet trzeba było.

Zapowiadał się upalny dzień i postanowiliśmy wypożyczyć rowery. Kyoto to dość duże miasto z 1,3 miliona mieszkańców, więc na piechotę raczej wszystkiego się nie zobaczy. Rowery w atrakcyjnej cenie 500 jenów (ok. 18 pln) oferuje nasz hostel. Pojazdy mało szałowe, z piszczącymi hamulcami, które służyły nam również za dzwonek, nie odbiegały wyglądem od reszty rowerów poruszających się po ulicach miasta. Szersze arterie mają wydzielone ścieżki rowerowe, jednak nikt tego nie przestrzega i jeździ się jak się chce.

Do Hiroshimy dojechaliśmy elektrycznym tramwajem. Za 50 min. podróż zapłaciliśmy 540 jenów, ale wysiedliśmy przy Parku Pokoju. Było już po 18 i Muzeum Pokoju było już zamknięte. Zawsze coś trzeba zostawić na następną wizytę. W centralnej części parku stoi cenotaf upamiętniający wszystkie ofiary wojny, na którym wyryte są imiona wszystkich ofiar bomby. Obok znajdziemy Płomień Pokoju, który zostanie wygaszony dopiero wtedy, gdy na całym świecie zostanie zlikwidowana broń atomowa, czyli zapewne nie prędko.

W środę postanowiliśmy wyjechać poza Kyoto. JRPass wykupiony więc, Shinkansenem ruszyliśmy na zachód. Skusiła nas Hiroshima (wiadomo dlaczego, każdy wie co tu się wydarzyło 66 lat temu) oraz wyspa Miyajima, gdzie znajduje się trzeci z najbardziej malowniczych widoków Japonii (dwa pierwsze to widok mierzei Amanohashidate i zatoki Matsushima - nie mamy tego w planach). Podróż wydawała się dość skomplikowana, bo najpierw przesiadka w Shin-Osace (14min), później bezpośredni pociąg do Hiroshimy(1:29h), następnie koleją do Mijajima-Guci (26min), na nogach 3 min do przystani promowej, a stąd 10 minut promem na wyspę, ale nie było tak źle. Podaję czas, bo oczywiście to wszystko mają dokładnie policzone i teraz, dzień po podróży mogę to wszystko dokładnie opisać. W naszym wspaniałym kraju to wyprawa w jedną stronę na cały dzień, nie mówiąc o zwiedzaniu….

Obudziliśmy się o 5 i chyba tak troszkę za wcześnie. Ja miałem swój obowiązek napisania kilku słów na bloga, a Księżniczka jeszcze dosypiała w międzyczasie. Po 9 kazałem już wstawać, bo jak można spać, gdy Kyoto wzywa. Plan zakładał udanie się do dzielnicy Gion, leżącej na wschód od naszego hostelu.
Po drodze chcieliśmy zobaczyć jak idą pracę w konstruowaniu platform. W Izraelu miałem Ścianę Płaczu, przy której mogłem godzinami kontemplować atmosferę tego miejsca, a w Kyoto są to budowane platformy. Pierwsze z nich zostały już dzisiaj ukończone, i zapewne od jutra będzie można do nich wejść. Dużym wydarzeniem dzisiaj było nakładanie kół (co możecie zobaczyć poniżej) na jeden z pojazdów, i miałem już pierwsze wyzwanie do zrobienia zdjęć, bo konkurencja nie próżnuje.

No to pięknie zaczął się dzień. Wyjazd o 4 rano i od razu news dnia, znów trzęsienie w Japonii. Epicentrum 400 km od Tokio, ale podobno zakołysało wieżowcami. Kyoto leży dalej, więc 1000 km powinno być bezpieczną odległością. Wymyśliliśmy sobie wakacje…
Zapakowaliśmy się do samolotu. Zapowiadało się na lotnisku, że oprócz nas będą tylko obywatele kraju kwitnącej wiśni, ale również można było usłyszeć naszą ojczystą mowę!! Fajnie się leciało, ale w końcu nam podziękowali i trzeba było przywitać Azję po raz trzeci. Pogoda ładna, słońce świeci i już bardzo zadowoleni jesteśmy z rozwiązania komunikacyjnego Japończyków.